• Wpisów:5
  • Średnio co: 260 dni
  • Ostatni wpis:2 lata temu, 20:44
  • Licznik odwiedzin:2 081 / 1562 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Boli mnie głowa. Co ze mną? Mieć kaca po 4 piwach?
Zerkam na telefon i sprawdzam godzinę, 8:31. Zbieram się z łóżka i idę się ogarnąć. Marcin jeszcze śpi na kanapie przed telewizorem. Budzić go czy nie? W sumie nie powiedział mi, o której ta opcja ma być. Puszczam wodę do wanny. O mój boże... Ma kolor błota i strasznie śmierdzi. Postanawiam zlać jej trochę więcej z nadzieją że w końcu poleci czysta. Podczas czekania zerkam w lustro. Oglądam swoje mięśnie, mam przeokropnie wystające żyły na bickach. Za dużo fajek znowu spaliłem.
Postanawiam nie budzić Marcina, zapewne trzyma rękę na pulsie i wie, kiedy ma wstać.
Woda już leci czysta, rozbieram się i biorę szybką, niestety zimną kąpiel.
Znowu w moich myślach widnieje Oliwia. Serce znów ściska, tym razem nawet łzy napływają mi do oczu. Udaje mi się powstrzymać emocje i ostudzić umysł.
Kiedy wychodzę z łazienki Marcin dalej śpi, przechodząc do pokoju, gdzie spałem, uderzam się w stopę o wystający kant. Aaah, w kurwę boli. Ciche ubolewanie nad moją stopą przerywa mi burczenie w brzuchu, Marcin niestety nie ma lodówki, a z wczoraj nic nie zostało.
Bez zastanowienia zabieram ze sobą portfel i wychodzę do sklepu niedaleko.
Marcin pewnie też będzie głodny jak wstanie. Kupuję więc cztery bułki, małe masło, pomidora i małe opakowanie szynki w plasterkach. Miałem ochotę na coś lepszego, typu... hmm, no chociażby jakiś lepszy ser, jajko, sałata, jednak postanowiłem nie unosić się z moimi wydatkami.
W drodze powrotnej z daleka moje oko przykuwa luksusowy, biały samochód. Tak drogi samochód o 9 rano, na takim odludziu jak opuszczone osiedle na Pradze? Przez moje myśli przebiega mała obawa, że to może do Marcina. Ciekawy jestem, po co ktoś miałby mieć tu jakiś interes. Zbliżając się dostrzegam markę samochodu. Szyby ma tak ciemne, że nie widać w środku nawet kształtów. Zaczynam się coraz bardziej obawiać.
Wchodzę do bramy, jednak zatrzymuje się przed pierwszym stopniem schodów, aby nie wydać żadnego dźwięku. Z góry dochodzą głośne obelgi i dźwięki uderzania dłonią w stół. Zachowuję zimną krew i nasłuchuję.
- Wiesz może, księciuniu, która jest kurwa godzina?! - mówi jakiś tęgi głos. Aha, czyli jednak się myliłem, zjebał sprawę na samym wejściu. - No co kurwa? Mowę ci odebrało? - Zapada chwila ciszy. - Gdzie masz tego swojego "kolegę" co to miał niby nam pomagać? Czy to może twój chłopak co, jak widać już się wprowadził! - Słychać szyderczy śmiech, wkurwiłem się, postanawiam zareagować i powoli wchodzę po cichu na górę gotowy do walki.
- Nie wiem gdzie on jest. I po drugie, kurwa, nie jestem żadnym pedałem. - mówi Marcin groźnym, ale spokojnym tonem.
- No to widzę w chuja sobie poleciał koleżka! - W tym momencie wchodzę do mieszkania dość pewny siebie. To co tam zastaję sprawia, że przestaję być aż tak odważny. Marcin klęczy, a za ramiona trzyma go dwóch umięśnionych typów w okularach przeciwsłonecznych. Przed nim stoi niski, łysy gość w garniturze, kpię w myślach z takiego małego karzełka. - Oh, chyba o wilku mowa, rychło w czas! - Mówi do mnie. Jestem zmuszony zachować spokój, już dawno bym mu wyjebał, ale niestety ma obstawę o dość pokaźnym rozmiarze bicepsa.
- O chuj tu chodzi? - pytam niecierpliwie.
- Może grzeczniej, nie ty tu jesteś od zadawania pytań. - mówi to tak, jakby był ode mnie kimś lepszym, aż mi się krew w żyłach gotuje.
- Może by tak do rzeczy? - pytam udając miłego.
- Aaah, no twój kolega załatwił wam właśnie niezły wpierdol. Mieliście dzisiaj o 7 zrobić wjazd na chatę pewnemu typowi. Przemytnik z Chin, nie jest nigdzie zameldowany i nikt nawet nie wie, że się tu znajduje. Gdybyście dotrzymali umowy, w tej chwili pewnie leżelibyście na hajsie, ale kurwa, zjebaliście sprawę i gość z całym towarem jest już poza krajem! Macie kurwa pojecie, ile pieniędzy wam i mi przeleciało obok nosa?!
- Słucham?! Ja o niczym nie wiedziałem. Wiedziałem jedynie, że dzisiaj mam być gotowy do wyjścia. - Patrzę oburzonym wzrokiem na Marcina, on jest popierdolony czy co? - Było mi chociaż kurwa powiedzieć, jebany alkusie o której mamy być gotowi! - Karzełek się śmieje, chyba zaimponował mu mój ton głosu, nie jestem pewien.
Jeden z goryli trzymających Marcina podchodzi do mnie, ten trzymający go dalej nagle ładuje mu lufę w brzuch, że ten upada na ziemię. Szybko orientuję się, że mnie czeka to samo, w ostatniej chwili robię unik, przechodzę za niego i ładuję z łokcia w kręgosłup, że ten się aż ugiął.
- Uhuuh, dobry zawodnik. - Dalej śmieje się Karzeł, wszyscy nagle wychodzą na jego skinienie śledzeni moim wzrokiem pełnym nienawiści. - Wpadniemy jeszcze wieczorem, nie ruszajcie się nigdzie. - Mówi ten nasz cały "szef" z klatki - Na jutro też mam dla was zleconko.
Jestem nieziemsko wkurwiony na Marcina, gotuje się we mnie, że zaraz zacznę ziać ogniem. Ja przynajmniej umiem się obronić. Czy on serio jest taki tępy? Nic nie nauczyło go siedzenie kilka lat?! Tam jest pełno takich jak typy sprzed chwili, a on tak zlał to, co był zobligowany zrobić.
Nawet się do niego nie odzywam. Rzucam siatkę z zakupami na stół w kuchni, siadam na kanapie i odpalam fajkę. Nawet nie chce mi się na niego patrzeć. Nie pozostaje mi nic, tylko czekać do wieczora.

 

 
Jestem już spóźniona do pracy ponad 2 godziny. Świetnie, po prostu wybornie! Wywali mnie.
Nawet nie miałam czasu się ogarnąć. Wyszłam z domu w tym, w czym byłam od wczoraj. Włosy mam potargane i pokołtunione. Próbuję je jakoś ułożyć podczas drogi i prawie potrąciłby mnie samochód, gdyby jakaś kobieta mnie nie zatrzymała.
Muszę strasznie źle wyglądać. Mam na sobie czarne dresy, zwykłą czarną bokserkę i jeansową kurtkę. Moja twarz pewnie zdradza moje emocje. Nie mam w ogóle makijażu, mam spuchnięte powieki i worki pod oczami.
Znowu przypomina mi się, w jakiej jestem sytuacji. Nie mam nikogo. Robert mnie zostawił, rodziców straciłam, a ze znajomymi nie mam kontaktu, odkąd zostałam sama. Łzy napływają mi do oczu, ale tłumię je gryząc się w wargę do bólu i wycieram łzy.
Budynek, w którym pracuję jest widoczny z mojego bloku. To największy budynek w mieście. Jest cały ze szkła i ma 23 piętra. Ja pracuję na 16 jako sekretarka samego szefa, właściciela całej firmy.
Na wejściu do budynku czeka na mnie Gabryśka. Ojej, ale ona ślicznie wygląda. Nie mogę tak iść do pracy.
- O Boże, co się stało, Oliwia! - podbiega do mnie w szoku. - Oliwia, Matko, co jest? - pyta niemal płacząc. Czyli aż tak źle wyglądam? Przeglądam się w szybie. Boże... Znowu łzy napływają mi do oczu, ale szybko się ich pozbywam. Gabi zauważyła, że mam jakiś problem i przytuliła mnie.
O nie.
Teraz to już po wszystkim. Nie potrafię powstrzymać płaczu i zaczynam ryczeć na środku chodnika. Kiedy ktoś okazuje mi współczucie, nie potrafię się powstrzymać.
Jestem skończona. Staczam się na samo dno i jestem tego całkowicie świadoma. Upadłam, a w upadku najgorsza jest świadomość przez co się upada. To niewiarygodne, że w 2 dni można stracić cały swój dorobek. Najpierw ktoś jest, później kogoś nie ma.
A ty w żalu i rozpaczy uciekasz. Uciekasz od świadomości i żyjesz zamknięta w chaosie, który masz w głowie.
Nic nie trwa wiecznie, każdy odchodzi, umiera,
a ciebie w sercu uwiera tęsknota.
- Oliwka, już przestań. Szef tu idzie. Chodź, pójdziemy się ogarnąć. - Momentalnie się uspokajam i wycieram twarz w rękaw. Gabi prowadzi mnie do wejścia dla personelu od strony parkingu, z tyłu budynku. Wchodzimy do łazienki.
- Usiądź. - mówi Gabryśka wskazując na muszlę.
W pomieszczeniu lustra są na wszystkich ścianach. Nie zniosę tego widoku.
Gabrysia wygląda tak ślicznie. Złote, tlenione, długie pofalowane włosy opadają jej kosmykami na śliczną, fioletową prostą sukienkę przed kolano. Ona błyszczy w porównaniu do mnie. Twarz mam całą czerwoną, do której przyklejają się nieumyte włosy. Co ja z siebie zrobiłam.
- Przemyj twarz, a ja pójdę po torebkę. Daj mi swój klucz do szafki, przyniosę ci jakieś ubranie. - wychodzi i zamyka mnie na klucz, aby nikt nie wszedł.
Wstaję i podchodzę do umywalki patrząc na siebie w tym okropnym wydaniu. Ściągam kurtkę i rzucam ją na kibel za mną. Biorę duży wdech i próbuję się ogarnąć, odkręcam lodowatą wodę i obmywam sobie twarz, ręce i ramiona. Stoję tak jeszcze chwilę opierając się o blat i obserwuję jak moja twarz wraca do swojej naturalnej barwy.
O cholera. Wyglądam jak jakiś ćpun albo jakbym była chora. Jestem blada jak ściana, oczy mam smutne, przymknięte a pod nimi ciemne worki.
Ściska mnie serce i z mojego gardła wydobywa się ciche łkanie. Zaczynam ryczeć, lecz z moich oczu już nie płyną łzy. Wyję tak patrząc na tą poczwarę w lustrze. Kładę dłoń na nim dłoń i uspokajam się. Patrzę w ciszy na siebie i płytko oddycham.
Po krótkiej chwili ciszę tą przerywa odgłos przekręcanego klucza. Zaczynam panikować. Czyżby ktoś mnie usłyszał? Serce zaczyna mi łomotać, patrzę cierpliwie w stronę drzwi i powoli cofam się, aż uderzam w ścianę.
Kiedy klamka się zapada, aż zamykam oczy i chcę krzyczeć. Drzwi otwierają się i pojawia się w nich coś dziwnego. Ale zaraz w drzwiach staje Gabi. Przytaszczyła ze sobą pełno toreb. Ciekawa jestem co ma zamiar zrobić.
Otwiera jedną z torebek i wyciąga rażąca, czerwoną, obcisłą sukienkę bez ramion oraz czarne, błyszczące szpilki z równie intensywnym czerwonym kolorem na podbiciu.
- Załóż to. - mówi do mnie z uśmiechem. Patrzę na nią i nie wiem o co chodzi. - No załóż!
Powoli zaczynam ściągać z siebie ubrania. Ściągam spodnie i rzucam je na kibel. Coś upada na ziemię.
- Co to jest? - pyta Gabi z niedowierzaniem zbliżając się do torebki z marihuaną.
- To... to... n-nie moje. - zaczynam drżeć ze strachu i zaczyna boleć mnie brzuch.
- Masz mi coś do powiedzenia? - pyta mnie z pogardą. - A co, jeśli szef by to zobaczył?! - krzyczy na mnie, a ja chcę zapaść się pod ziemię i znowu zaczynam łkać i płakać.
- Ja... musiałam. Nie mogę dłużej. Nie mogę, rozumiesz?
- Oliwia, ale wytłumacz mi, dlaczego to robisz?
Odwracam głowę i przygryzam mocno wargę próbując powstrzymać płacz. Po chwili biorę głęboki wdech i próbuję zebrać się jakoś w sobie, aby jej wszystko opowiedzieć.
- Robert mnie zostawił, matka mnie okradła i uciekła. Nie mam przyjaciół. Nic już nie mam. - mówię całkowicie bez żadnych emocji, a po moich policzkach spływają ciche łzy.
Gabi podchodzi do mnie i przytula mnie mocno. Po chwili puszcza i patrzy na mnie ze łzami w oczach.
- Wiem, jak jest ci ciężko. Sama straciłam kiedyś rodziców i chłopaka, ale na razie musimy zrobić coś, żebyś nie straciła i pracy. Masz, ubierz to i usiądź. - mówi wręczając mi ubrania.
Zakładam to wszystko szybko i robię to, co mi poleciła.
Podchodzi do mnie i zaczyna bawić się moimi włosami. Z najmniejszej torebki wyciąga szczotkę do włosów i małą kosmetyczkę. Robi mi ślicznego koka, a potem lekki makijaż zakrywający wszystkie pozostałości po ciężkim dniu. Wyglądam teraz tak ślicznie, jakbym była piętnastolatką. Uśmiech wdziera mi się usta i nie mogę opanować szczęścia, które we mnie wstąpiło. Teraz jestem gotowa na wszystko! Mówię Gabrysi, że już dobrze się czuje i możemy iść. Wręcza mi jedną z torebek i wychodzimy do lounge'u.
Wszyscy się na nas patrzą i lekko uśmiechają się. O co chodzi? Coś ze mną nie tak?
- Czemu każdy się tak patrzy? - mówię cicho do Gabrysi.
- Bo jesteś śliczna. - naglę zdaję sobie sprawę, że uśmiecham się cały czas od ucha do ucha. Czuję się świetnie, jak nowo narodzona. Wszystkie smutki już mnie opuściły.
- Oliwia! Oliwia, halo! Co się dzieje? - słyszę jak krzyczy do mnie Gabi, ale nie potrafię jej odpowiedzieć. Czuję jakbym frunęła. Zamykam oczy z przyjemności i czuję, jak uderzam o ziemię.
 

 
- Słucham. - odbieram zastrzeżony telefon wysiadając z taksówki. Wokół mnie piętrzą się stare kamienice. To tutaj mam czekać.
- Gdzie jesteś? - pyta mnie Marcin.
- Tam gdzie się umówiliśmy. A ty? - pytam. Nieswojo się tutaj czuję. To mój pierwszy raz w stolicy. Nie wiem, co ja tu robię. Zostałem zmuszony zostawić wszystko co osiągnąłem u siebie w miasteczku i przyjechać do mojego byłego przyjaciela. Nie mam zielonego pojęcia o co chodzi, ale ciekawie na bank nie będzie. Podobno to sprawa życia i śmierci. Najgorsze jest to, że ledwo pamiętam jego twarz. Tyle lat minęło, że nauczyłem się już żyć bez niego. Co gorsza, ciekawe jak zmienił się podczas pobytu w więzieniu.
Wjebał się w jakąś mafię i zgarnęli go na 5 lat za przemyt.
Nie, że się boję czy coś, ale nie chcę skończyć tak, jak on. Jeśli chodzi o mnie, ja zawsze byłem bardziej odpowiedzialny i rozsądny. Marcin to wolny strzelec, jego jedyne problemy to było przetrwać kilka godzin w robocie, a później rozglądanie się na pannami.
Siadam na najbliższym krawężniku i oglądam zdjęcia z Oliwcią. Serce mnie boli, chcę tam wrócić. Teraz nawet nie mam pewności czy kiedykolwiek ją jeszcze zobaczę. Gdybym tylko mógł jej powiedzieć cokolwiek, żeby się nie martwiła...
- Robin! - ktoś mnie chyba woła po ksywce. Rozglądam się i wstaję. - Robin! - Dostrzegam wołającą osobę i zaczynam iść w kierunku dochodzącego głosu. Zza rogu moim oczom ukazuje się nieznana sylwetka - Robert, stary, kopę laaat!
- Marcin? O kurwa... - mówię, kiedy zbijam z nim pionę i oglądam jego tatuaże wystające spod obdartej koszuli. Obdarza mnie przyjacielskim uściskiem. Na uszach ma kolczyki. Boże, tatuaże ma nawet na głowie. Całkowicie się teraz różnimy. Kiedyś, jako przyjaciele byliśmy niemal identyczni. Zawsze, chociaż w części ubrani w barwy naszego klubu - Ruchu, schludni i wysportowani. Teraz widzę jedynie starego menela z dużym brzuchem. Jest tylko 3 lata straszy, a wygląda jak bezdomny. Zgolił całkowicie włosy, na twarzy dostrzegam blizny. Jako 19 latek widziałem w nim wzór do naśladowania. Chciałem być taki jak on, miał dużo przyjaciół, którzy zawsze by mu pomogli, ale pojebało mu się w głowie od pieniędzy. Raz mu się udało bezkarnie opchnąć towar zza granicy za niezły hajs, to chciał jeszcze więcej, aż w końcu go zgarnęli.
- A ty co, kurwa, tatuażu nie widziałeś? - pyta jakby nigdy nic. Zrobił z siebie kryminalistę i menela.
- Mniejsza z tym, powiedz mi, co dalej?
- Co Ci się tak śpieszy, chłopie. - mówi wyciągając paczkę kręconych fajek - Zajarasz? - pyta mnie.
- Nie dzięki, mam swoje. - wyciągam moje ulubione Marlboro. Marcin zerka na fajki z podziwem.
- Na bogato widzę. - mam nadzieję, że ma jakiś hajs przy sobie, bo jak będę musiał płacić za niego to zostanę goły i wesoły.
- A, no. - Dziwnie się czuję, nie mam nawet o czym z nim rozmawiać, boje się zapytać o co chodzi z tym całym moim przyjazdem. - To co w końcu robimy dalej?
- Trzeba by na kwaterę już iść. Chodźmy już w tamtą stronę. - czyli jednak gdzieś mieszka? A jednak, pozory mylą.
Idziemy jakąś wąską uliczką, dokoła tylko widnieją kamienice z czerwonej cegły. Nawet nie wiedziałem, że takie miejsca nadal istnieją w Warszawie. Marcin opowiada mi o swoich doświadczeniach w więzieniu. Okazuje się, że wcale aż tak źle mu tam nie było, trafił na samych swoich w celi i dobrze się dogadywali.
Dochodzimy na miejsce, Marcin prowadzi mnie przez dziedziniec na pierwsze piętro najwyższego budynku w okolicy. Zaczynam się modlić.
Większość okien jest powybijanych, w bramach innych budynków kręcą się podejrzane typy.
Żeby nie było że się boję, ale wolę unikać takiego środowiska, żeby nie było o mnie za głośno na mieście.
Kiedy wchodzimy do mieszkania ogarnia mnie zaskoczenie. Szczerze, to spodziewałem się opuszczonego mieszkania zarośniętego brudem, ale okazuje się, że Marcin nawet umie się ogarnąć w tym wszystkim.
Karcę się w myślach, za to, że oceniłem go po wyglądzie. W końcu byliśmy przyjaciółmi, jesteśmy prawie identyczni, jak mogłem pomyśleć o nim, jak o jakimś pijaczynie z bramy.
- Możesz się rozgościć. - mówi miło.
Mieszkanie ma trzy pomieszczenia i dość sporą łazienkę. Zaglądam do łazienki, zauważam dużą wannę lekko pożółkniętą od wody, toaleta nawet w dobrym stanie. Panuje tu straszna ciemnica, stare, bordowe kafelki odlatują od ścian.
Idę dalej, w kuchni stoi stary piec kaflowy i duży stół z dwoma krzesłami. Nie ma lodówki, w sumie czego ja się spodziewam, przecież dopiero wyszedł z więzienia.
Idę do salonu, rzucam moją torbę na kanapę. Rozglądam się. Wow, ma nawet telewizor... I balkon.
- Masz coś do jedzenia? - pyta mnie.
- Nie, a ty?
- Też nie, zamawiamy coś?
- Kebsy?
- I piwko. - mówi z uśmiechem. Zgadzamy się bez słowa.
Biorę portfel i schodzimy na dół. Obok skrzynek na listy wisi coś w stylu koszyczka na ulotki. Szukam czy jest coś z żarciem. Biorę ulotkę jakiejś pizzerii i wychodzimy. Na końcu ulicy jest jakiś sklepik. Wchodzimy i kupujemy sobie po czteropaku Perły.
- Działamy co? - pyta Marcin wychodząc.
- Gdzie?
- Patrz, tam jest śmietnik. - mówi pokazując mi palcem śmietnik po prawej.
- To lecimy.
- Ale ja rozpalam.
Niechętnie, ale jednak ustałem na to, w końcu to nie mój sort. Nabija lufę, ciągnie i ciągnie. Kurwa, bo mi nic nie zostanie. W końcu daje mi lufkę i krztusi się.
- Czekałem na to cały dzień - mówi patrząc gdzieś obok mojej głowy.
Teraz moja kolej. Zaciągam się, kiedy nagle Marcin potknął się o butelki z piwem. Przestraszyłem się, kurwa. Co on odpierdala? Zaraz ktoś tu przylezie. Zaczynam kaszleć i mam wrażenie, że zaraz wypluję płuca. Czacha mnie napierdala.
- Zajebać cię kurwa? - mówię do niego wkurzony.
- No przepraszam. - mówi na jaja i śmieje się.
Odpalam jeszcze raz. Tym razem nie odwalił nic.
I zajebiście. Wracamy się do domu. Musimy przejść przez ulicę. Idę przodem i zatrzymuję się na środku ulicy.
- Co ty odwalasz? - krzyczy do mnie z tyłu.
- Muszę samochód przepuścić. - stoję dalej i czekam.
- Przecież nic nie jedzie! - śmieje się i popycha mnie pospieszając. Haha, no racja, nic nie jedzie. Śmieję się na głos aż do wejścia do budynku.
Znowu ogarnia mnie to dziwne uczucie. Między nami z powrotem zawiązuje się ta stara więź. Widzę, że pod tym względem w ogóle się nie zmienił. Dalej jest tym samym Marcinem, z którym nadal tak doskonale się dogaduję.
Wchodzimy na górę.
- Dzwonisz po tą pizzę? - pytam.
- No.
Po jakiejś godzinie przyjeżdża pizza, my już pełni po dwóch browarach nawet nie mamy siły wstać do drzwi. Ale ja wstaję, bo Marcin nawet nie kiwnął palcem do tej pory, więc jak mógłby to zrobić teraz?
Kładę pizzę na stoliku niechcący potrącając butelkę. Rozbiła się, ale na szczęście była to końcówka piwa. Uff...
Marcin pierwszy rzuca się na żarcie. Po kilku chwilach zostało jedynie puste pudełko.
- Brakowało mi tego, nie jadłem z półtora dnia. - mówi Marcin. Nie mogę z niego. No menel.
- Co? Dlaczego, co się dzieje?
- Długa historia. - mówi odwracając wzrok.
Otwieram czwarte piwo. Nie mam już siły go pić, poszedłbym spać, zamiast siedzieć i patrzeć w zaśnieżony telewizor.
Jestem tu dopiero parę godzin, a jestem zmęczony jak po dwóch dniach bez snu. Ciekawe co się dzieje u nas w mieście.
Ciekawe co robi Oliwka.
Pewnie bawi się tam z dziewczynami, Gabryśką, Patrycją, czy jak te jej koleżanki miały na imię. Tęsknie za nią okropnie. Tylko kiedy ja wrócę do domu? I czy w ogóle wrócę? Nie mogę pozwolić, żeby cokolwiek źle się potoczyło.
I pomyśleć, że jeszcze wczoraj byłem taki szczęśliwy, miałem obok siebie miłość mojego życia i mógłbym góry przenosić, tak dzisiaj nie wiem nawet, co ja tutaj robię.
Marcinowi dzwoni telefon, ciekawe kto. Niestety nie zdążyłem zerknąć na ekran, bo chwycił go szybko i wyszedł do kuchni.
- Przygotuj się na jutro. - mówi wracając z kuchni. Nie wiem co mnie czeka, ale na bank mnie to nie ucieszy.
- Ta...? - mówię ziewając. Kończę piwo i wstaję z kanapy. - Idę spać.
- No, siema.
Wchodzę do sypialni i otwieram torbę. Wyciągam krótkie spodenki, przebieram się i kładę się spać.
Leżę i przewracam się z boku na bok.
Cały czas mam w głowie Oliwkę. Wspominam tą chwilę, kiedy pierwszy raz powiedziała mi, że mnie kocha.
Nawet nie wiem kiedy, budzę się, kiedy jest już widno.
 

 
Nie widzę sensu wstania z łóżka. Leżę tak już od świtu. Moje powieki są strasznie spuchnięte, ledwo widzę breloczek od Roberta, który dał mi na 20 urodziny.
O nie. Znowu łzy napływają mi do oczu. Nie chcę już więcej płakać. O 14 idę do pracy, muszę wstać.
Wchodzę do kuchni i ogarnia złość. Przy stole koło okna siedzi moja matka. Co ona tu do cholery robi?!
- Skąd ty się tu wzięłaś? - pytam podenerwowana. Zaraz zacznie się wypytywać o wszystko. Niech da mi spokój.
- Oliwia, proszę wytłumacz mi co się z tobą dzieje. - mówi to jakby serio się mną interesowała.
- Niech cię to nie obchodzi. - wstaje i podchodzi do mnie. Od razu czuć ten smród. - Ty znowu piłaś! - wrzeszczę na nią z pogardą.
- Nie, Oliwciu, to nie tak.
- Wyjdź.
- Oliwia, proszę, nie wyrzucaj mnie... - prosi ze łzami w oczach i wyciąga ręce w celu uścisku.
- Odejdź. - odganiam ją, jednak ona zbliża się coraz bardziej.
Nagle zachciało jej się udawać kochającą matulę? Całe życie byłam na boku. Dla niej ważne było tylko się upić i iść spać. Nigdy nie przytuliła mnie ze współczuciem, kiedy miałam jakiś problem. Ona sobie o mnie przypomina tylko wtedy, kiedy jest pijana.
Brzydzę się jej. Ja nie chcę, żeby ona się do mnie przytulała.
- Puść mnie. - mówię do niej z powagą. Ona cały czas mnie przytula i nie puszcza. Nie mam nawet ochoty podnieść ręki, żeby odwzajemnić uścisk.
Stoimy tak dłuższą chwilę i czekam aż mnie puści, aby w końcu wyprosić ją z mojego mieszkania.
Nagle budzi się moje sumienie. Nie powinnam jej tak wyrzucać, kiedy jest w trudnej sytuacji.
Ale... Nie. Ona nie miała serca, aby mnie pocieszyć, jak ja płakałam nad nią, kiedy zalana w trupa zostawiła kiedyś zupę na ogniu. A później nawet słowem się do mnie nie odezwała, kiedy ojciec ją skopał.
- Wyjdź. - mówię spokojnie.
- Oliwia, ja nie mam gdzie pójść... - mówi z płaczem.
- Teraz sobie o mnie przypomniałaś?! Wynoś się! - wrzeszczę i szarpię się z nią.
W końcu udaje mi się ją wypchnąć za drzwi. Stoi jeszcze chwilę na klatce i dobija się do drzwi. Ja mam ją gdzieś.
Cała w nerwach rzucam się na wszystkie szafki. Robert musiał coś zostawić! Przegrzebuję jego szafkę nocną. Pusto. Rzucam się na szafki w kuchni. Też na próżno. Nie ma nic.
A mnie chce coś strzelić. Łapię za telefon i dzwonię do Silnika. On musi coś mieć.
- Masz sort? - zdyszana mówię do telefonu.
- A jak? - odpowiada cwaniacko.
- Za 5 minut na rurach. - rozłączam się.
Biegnę do kuchni po torebkę i szukam portfela. Znalazłam, ale w środku jest tylko dowód. Ta suka mnie okradła! Walę z całej siły pięścią w futrynę drzwi, ze złości napływają mi łzy do oczu. Ten głód nie daje mi spokoju. Rozniosę zaraz cały dom. Skąd ja mam wziąć pieniądze? Nie ma nawet mojej karty kredytowej. Kurwa. Ja muszę zapalić.
Przecież mogę coś dać pod zastaw. Chyba mam jeszcze złote kolczyki od chrzestnej na urodziny. One się nadadzą.
Roztrzepana szukam ich po szafkach.
Są! Wybiegam z domu nawet nie zamykając drzwi na klucz. Lecę na łeb, na szyję na rury. Jest. Stoi jego samochód. Czarny saab. Uśmiech od razu pokazuje mi się na twarzy.
Wsiadam do samochodu. Pokazuję mu kolczyki.
- Nada się? - pytam.
- Oo, lala, za to to coś lepszego ci się należy. - wyciąga torebkę z białym proszkiem.
- Co to?
- Amfa. Czyściutka jak łza, prosto z Tajwanu. Bierzesz? Póki mam.
Zastanawiam się chwilę. On pośpiesza mnie machając mi torebką przed twarzą.
- Nie, daj to, co zawsze. - Mój rozsądek wygrywa. Mam ochotę na coś mocniejszego, ale przecież idę do pracy. Silnik wyciąga torebkę marihuany z podłokietnika.
- Masz dwie - wyciąga drugą - przepłaciłabyś. - mówi z uśmiechem.
- Dzięki. - przytulam go lekko i wysiadam.
Uratował mi dupę. Na Silnika zawsze można liczyć.
Idę wzdłuż rur do pierwszego kąta osłoniętego drzewami. Szukam lufek po kieszeniach. Już myślałam, że mnie szlak trafi, kiedy znalazłam jedną czystą w najmniejszej kieszeni spodni. Nabijam i odpalam.
Krztuszę się i wypuszczam dym.
I nagle jest tak fajnie, pusto, aż chce się żyć. Próbuje myśleć o Robercie, ale nie mogę. Żółwim krokiem wracam do mieszkania i kładę się na kanapie. Ogrania mnie spokojny sen.

Budzi mnie telefon. Odbieram z wielką niechęcią.
- Oliwia, gdzie ty jesteś?! - krzyczy głos w słuchawce. To chyba Gabryśka. Ale o co jej chodzi o tej godzinie? - Wiesz, która jest godzina?! - odsuwam telefon od ucha i sprawdzam godzinę. O kurwa. 15:25. - Masz pojęcie, jak szef jest na ciebie wściekły?!
- Zaraz będę. - rozłączam się i zrywam z łóżka.
 

 
Nie wierzę. Robert wyjechał. Nie ma go, nigdzie. Nie wiem, gdzie, po co, ani na jak długo zniknął. Nie potrafię patrzeć w lustro, kiedy nie ma go obok mnie. Jedyne co zostawił to telefon. Z naszego mieszkania zniknęły wszystkie jego rzeczy, prócz telefonu. Podobno wyjechał gdzieś w okolice stolicy. Udało mi się to usłyszeć, kiedy ostatnio rozmawiał przez telefon. Jednak w telefonie żadnych poszlak, wszystkie kontakty i wiadomości zostały usunięte, lecz karta została.
Wieczorem tego dnia, kiedy zastałam nasze mieszkanie bez jego rzeczy, zadzwonił domofon.
- Zejdź na dół, proszę. - zabrzmiał ledwo słyszalny głos w słuchawce.
Moja podświadomość od razu zastąpiła wszystko inne Robertem. Pełna nadziei zbiegłam w samym szlafroku i kapciach przed klatkę.
Zdyszana rozejrzałam się dokoła. Mój oddech nagle zamienił się w chmurę pary wydobywającej się z moich ust, która rozmywała mi wszystko wokół. Była już prawie połowa listopada, i cała okolica mieniła się w pomarańczowych barwach drzew i żółtym świetle latarni stojącej nieopodal.
Gdy już zaczęłam myśleć, że ktoś zrobił sobie głupi żart, usłyszałam kroki. Było strasznie ciemno, jedna mizerna latarenka nie była w stanie oświetlić tak dużej przestrzeni. Jedyne co widziałam to biała chmura.
- Hej. - usłyszałam gdzieś z lewej strony. Nie potrafiłam rozpoznać tego głosu. Kroki zbliżyły się do mnie, a ja ze strachu mimowolnie cofnęłam się do klatki. Przede mną stanął jakiś mężczyzna w kapturze. Starałam się zachować zimną krew, lecz wraz z coraz bardziej przyspieszającym oddechem z moich ust wydobył się niski jęk.
- Oliwia... - powiedział cicho i przytulił mnie mocno. Poznałam, że to Robert po jego niepowtarzalnym zapachu perfum zmieszanych z papierosami i marihuaną.
Szok ogarnął mnie i nie wypuszczał ze swoich objęć. Nie mogłam uwierzyć, że to on. Przecież widziałam go jeszcze tego samego dnia rano. Zmienił się jego głos... To nie był ten sam Robert. Mój Robert był cały czas uśmiechnięty, czuły... A wtedy miał minę, jakby szedł na ścięcie. Coś musiało być nie tak...
- Robert... Co się stało? Gdzie byłeś? - powiedziałam głosem na skraju płaczu.
- Oliwia... - wziął głęboki wdech i odparł w końcu - będziemy musieli się rozstać na chwilę. Na niedługo.
- Co, czemu?! - wrzasnęłam niemal przy jego uchu ze łzami w oczach.
- Nie mogę... nic więcej zdradzić - powiedział to wolno, szeptem, jakby śmiertelnie bał się, że ktoś to usłyszy. Ujął moją twarz w dłonie i pocałował mnie. Mój oddech momentalnie zamienił się w jakąś wichurę, której towarzyszyły słone krople moich łez. Jego pocałunek był tak namiętny, jakby nigdy nie mógł się mną nasycić. Wypełniał mnie całym sobą, jego zapachem, oddechem, jego językiem. Przez moje ciało przechodziły miliony dreszczy, aż moje nogi odmówiły posłuszeństwa. Kiedy wreszcie odkleił swoje usta od moich z towarzyszącym mu głośnym dźwiękiem pocałunku, drżącymi rękami pogładził moje włosy i policzek, po czym odsunął się i powoli się cofnął. - Do zobaczenia. - I odszedł. A we mnie coś pękło. Świadomość, że Robert gdzieś odchodzi, nie wiem dokąd i na jak długo, odbierała mi resztki trzeźwości umysłu. Wybuchłam szlochem na środku drogi i nie byłam w stanie wrócić na górę, jedynie oparłam się plecami o ścianę bloku i osunęłam się na dół chowając głowę miedzy kolanami z rykiem.